Druga połowa roku 2025 i cały 2026 jest pod tym względem wyjątkowo brutalny. Kończą lub skończyły się produkcje, które przez lata budowały streamingową popkulturę. Niektóre odchodzą w idealnym momencie. Inne pewnie mogłyby ciągnąć temat jeszcze kilka sezonów. Ale jedno jest pewne – pożegnania będą naprawdę duże.
„Stranger Things” — koniec pewnej ery Netfliksa
To chyba najbardziej symboliczne pożegnanie.
Bo „Stranger Things” dawno przestało być po prostu serialem. To marka, klimat, estetyka i gigantyczny kawałek popkultury ostatniej dekady. Trudno dziś uwierzyć, że pierwszy sezon był po prostu „fajnym nostalgicznym sci-fi od Netfliksa”.
Potem wszystko eksplodowało.
Kate Bush wróciła na szczyty list przebojów. Vecna stał się viralem. Hellfire Club trafił na koszulki ludzi, którzy nawet nie oglądali serialu. A Netflix przez lata praktycznie żył na hype’ie wokół Hawkins.
I nawet jeśli ostatnie sezony były już momentami przesadzone, za duże i zbyt blockbusterowe — trudno będzie znaleźć drugi serial z takim klimatem „wakacyjnej przygody”. To była trochę ostatnia produkcja przypominająca czasy, gdy streaming faktycznie potrafił tworzyć globalne wydarzenia.
Będziemy tęsknić? Oj tak.
„The Boys” — serial, który idealnie wyczuł internet
The Boys
Jeszcze kilka lat temu wszyscy byli zmęczeni superbohaterami. Marvel zaczął się rozjeżdżać, DC próbowało gonić chaos jeszcze większym chaosem… i wtedy wjechało „The Boys”.
Brutalne, cyniczne, totalnie przerysowane, ale jednocześnie zaskakująco trafne. Bo pod całą tą krwią, absurdalną przemocą i szokowaniem kryła się naprawdę mocna satyra na media, politykę i kulturę celebrytów.
Homelander stał się jednym z najlepszych telewizyjnych villainów ostatnich lat właśnie dlatego, że był przerażająco realistyczny.
Czy serial kończy się w dobrym momencie? Chyba tak. Bo było już czuć, że formuła zaczyna się lekko zapętlać. Ale mimo wszystko ciężko będzie znaleźć drugi tak bezczelny serial mainstreamowy.
„Squid Game” — produkcja, której sukcesu nikt się nie spodziewał
To był absolutny fenomen.
Netflix miał już wcześniej wielkie hity, ale „Squid Game” weszło na zupełnie inny poziom. Przez kilka tygodni dosłownie cały internet żył jednym serialem. Zielone dresy były wszędzie. Gry z serialu pojawiały się na TikToku, YouTubie, Instagramie i w szkolnych klasach.
A przecież początkowo nikt nie wierzył, że koreański thriller może aż tak eksplodować globalnie.
Problem w tym, że pierwszy sezon był historią niemal idealnie zamkniętą. Kolejne części trochę przypominały już próbę odzyskania tej samej magii drugi raz.
Mimo wszystko „Squid Game” na zawsze zostanie serialem, który pokazał Hollywood, że świat nie kończy się na anglojęzycznych produkcjach.
„Cobra Kai” – serial, który nie miał prawa się udać
Spin-off „Karate Kid” z YouTube Originals brzmi jak pomysł na katastrofę. A jednak „Cobra Kai” okazało się jednym z najbardziej sympatycznych serialowych comebacków ostatnich lat.
Twórcy zrobili coś bardzo trudnego — połączyli nostalgię z naprawdę dobrze napisanymi bohaterami. Johnny Lawrence stał się postacią, którą internet autentycznie pokochał.
Jasne, później zrobiło się trochę za bardzo anime. Wojny karate zaczęły przypominać konflikty gangów z GTA, a poziom absurdu szybował wysoko. Ale właśnie to było częścią uroku.
To serial, który zawsze wiedział, czym chce być: totalnie przesadzoną, ale cholernie przyjemną rozrywką.
„You” – wszyscy wiemy, że Joe jest potworem… ale i tak oglądaliśmy
Fenomen „You” był trochę niepokojący.
Bo serial od początku opowiadał o niebezpiecznym stalkerze i mordercy, a internet… zaczął traktować Joe Goldberga jak romantycznego bohatera. Twórcy przez lata próbowali z tym walczyć, ale memy i TikTok zrobiły swoje.
Jednocześnie trudno odmówić serialowi jednego — potrafił być absurdalnie wciągający. Każdy sezon był trochę bardziej odklejony od rzeczywistości, ale właśnie dlatego oglądało się to jak serialowy fast food.
Czy będziemy tęsknić? Trochę tak. Bo mało który thriller był jednocześnie tak dziwny i binge’owalny.
„Andor” – najlepszy „Star Wars” od lat
To chyba największe zaskoczenie całego uniwersum Gwiezdnych Wojen ostatnich lat.
Bez Jedi. Bez wielkiego fanserwisu co pięć minut. Bez ciągłego mrugania do widza.
„Andor” działał, bo był po prostu świetnym serialem polityczno-szpiegowskim osadzonym w świecie „Star Wars”. I nagle okazało się, że uniwersum Lucasa może być dojrzałe, ciężkie i bardzo dobrze napisane.
To jeden z tych seriali, po których człowiek trochę boi się, co Disney zrobi dalej. Bo trudno będzie utrzymać taki poziom.
Streaming coraz bardziej boi się długich seriali
Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak coś innego.
Jeszcze kilka lat temu platformy streamingowe chciały mieć seriale trwające po 8–10 sezonów. Dziś coraz częściej widać odwrotny trend. Produkcje kończą się szybciej, bo:
- koszty rosną gigantycznie,
- widzowie szybciej tracą zainteresowanie,
- algorytmy wolą „nowe” niż „kontynuowane”,
- aktorzy stają się zbyt drodzy.
Trochę kończy się era seriali, które dojrzewały razem z widzami przez dekadę.
A które pożegnanie zaboli najbardziej?
Pewnie każdy ma inne.
Dla jednych będzie to koniec „Stranger Things”, bo kojarzy się z konkretnym momentem życia. Dla innych „The Boys”, bo żaden inny serial nie dawał takiego miksu absurdu i satyry. Ktoś inny najbardziej odczuje brak „Andora”.
I chyba właśnie dlatego finałowe sezony zawsze mają w sobie coś smutnego.
Bo kończy się nie tylko serial. Kończy się też pewna era oglądania, hype’u, teorii fanowskich i wieczornego odpalania kolejnego odcinka „jeszcze tylko jednego”.
A potem nagle okazuje się, że naprawdę było warto spędzić z tymi bohaterami kilka lat.


