Pierwszy sezon był na tyle udany i dobrze przyjęty, że kontynuacja łatwo mogła okazać się zwyczajnym odcinaniem kuponów. Pionek to nowa zagadka, nowa lokalizacja, ale ci sami bohaterowie – przepis na bezpieczny sequel, który może działać, ale równie dobrze może pozostawić po sobie poczucie niedosytu.
Po dwóch pierwszych odcinkach mam jednak wrażenie, że twórcy doskonale wiedzieli, czego chcą uniknąć.
„Pionek” nie próbuje być „Ślebodą 2.0”.
I to jest jego największa zaleta.
Z gór na Śląsk
Największa zmiana jest oczywista: tym razem Anka Serafin i Bastian Strzygoń trafiają na Górny Śląsk. To nie jest jednak wyłącznie zmiana dekoracji.
„Pionek” od pierwszych minut ma znacznie cięższy klimat. Mniej tutaj poczucia przygody, które momentami towarzyszyło „Ślebodzie”, a więcej klasycznego kryminału. Morderstwo studentki architektury bardzo szybko przestaje być pojedynczą zagadką, kiedy okazuje się, że sposób działania sprawcy przypomina zbrodnie Normana Pionka, „Wampira z Szombierek”.
Problem polega na tym, że Pionek siedzi w więzieniu.
I właśnie tutaj serial zaczyna grać swoją najlepszą kartą.
Bo zamiast prostego pytania „kto zabił?”, dostajemy znacznie ciekawsze: kto i dlaczego próbuje odtworzyć zbrodnie seryjnego mordercy?
Maciej Musiał i Maria Dębska nadal są największą siłą serialu
Nie mam wątpliwości, że największym kapitałem „Pionka” pozostają Maria Dębska i Maciej Musiał.
Anka i Bastian nie są idealnie dopasowanym duetem śledczych. I bardzo dobrze. Ich relacja jest ciekawsza właśnie dlatego, że każde z nich patrzy na sprawę z nieco innej perspektywy.
Bastian chce mieć temat.

Anka chce zrozumieć ludzi i mechanizmy stojące za wydarzeniami.
To połączenie ponownie działa. Musiał ma w tej roli odpowiednią lekkość, która dobrze kontrastuje z bardziej powściągliwą Dębską. Nie ma między nimi przesadnej ekranowej chemii rodem z komedii romantycznej. Jest za to coś znacznie bardziej naturalnego – przekonanie, że ci bohaterowie naprawdę się znają i mają za sobą wspólną historię.
I chyba właśnie dlatego ich powrót nie sprawia wrażenia wymuszonego.
Najlepszy moment? Pionek
Bez spoilerów: bardzo podoba mi się pomysł na samego Normana Pionka.
Łukasz Simlat dostaje postać, która mogłaby łatwo stać się kolejnym serialowym „potworem tygodnia”. Tymczasem twórcy robią coś znacznie ciekawszego. Pionek nie musi biegać po mieście z nożem, żeby być obecny w historii.
Wystarczy, że istnieje.
Jego przeszłość zatruwa teraźniejszość, a świadomość, że ktoś może inspirować się jego zbrodniami, powoduje, że każda kolejna informacja zaczyna mieć dodatkowe znaczenie.
Drugi odcinek robi tutaj krok dalej – Anka odwiedza Pionka w więzieniu, a jednocześnie w mieście znika kolejna studentka.
To jest dokładnie ten rodzaj cliffhangera, który lubię. Nie krzyczy widzowi w twarz: „PATRZ, TERAZ BĘDZIE SZOK!”. Po prostu zostawia pytanie, na które naprawdę chce się poznać odpowiedź.
„Pionek” nie spieszy się i to działa
Mam wrażenie, że SkyShowtime coraz lepiej rozumie, że polski kryminał nie potrzebuje co pięć minut wielkiego zwrotu akcji.
Pierwsze dwa odcinki są przede wszystkim budowaniem atmosfery.
Mamy morderstwo, śledztwo, dziennikarskie zainteresowanie Bastiana, powrót Anki i tajemnicę związaną z Pionkiem. Kolejne elementy są dokładane stopniowo.
Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że serial mógłby przyspieszyć.
Ale po chwili dochodzi do mnie, że to prawdopodobnie celowy zabieg. „Pionek” chce, żebyśmy zaczęli podejrzewać wszystkich. A do tego potrzebuje czasu.
I po dwóch odcinkach nadal nie mam poczucia, że wiem, dokąd ta historia zmierza.
W przypadku kryminału to komplement.
Śląsk nie jest tutaj tylko tłem

Bardzo dobrze wypada również sama lokalizacja.
Twórcy nie próbują na siłę zrobić z Górnego Śląska kolejnego bohatera serialu poprzez nieustanne pokazywanie kopalń, familoków i industrialnych pejzaży. Region jest obecny znacznie bardziej naturalnie.
Ma własną historię, atmosferę i społeczny kontekst.
To ważne, bo „Pionek” opowiada przecież o zbrodni, która wyrasta z przeszłości. A Śląsk, ze swoją pamięcią i skomplikowaną historią, jest dla takiej opowieści bardzo dobrym miejscem.
Czy są wady?
Oczywiście.
Największym problemem jest to, że po dwóch odcinkach serial wciąż bardziej obiecuje, niż dostarcza.
To dopiero początek sześcioczęściowej historii, więc trudno oczekiwać rozwiązania zagadki. Ale niektóre wątki poboczne na razie wyglądają trochę jak elementy układanki wrzucone do pudełka bez instrukcji.
Mam też wrażenie, że „Pionek” momentami zbyt mocno ufa temu, że widz będzie cierpliwy.
Dla osób, które potrzebują szybkiej akcji i kolejnych twistów, pierwsze dwa odcinki mogą być zwyczajnie za spokojne.
Ja jednak wolę ten kierunek.
Czy „Pionek” jest lepszy od „Ślebody”?
Po dwóch odcinkach nie powiedziałbym jeszcze, że tak.
Ale powiedziałbym coś innego: „Pionek” ma szansę być dojrzalszym serialem.
„Śleboda” miała swój klimat, bohaterów i bardzo dobrze działającą tajemnicę. „Pionek” bierze ten sam duet i wrzuca go w znacznie cięższą historię.
To nadal serial, który ogląda się przede wszystkim dla zagadki, ale tym razem mam wrażenie, że twórcy bardziej ufają atmosferze niż efektownym rozwiązaniom.
I bardzo mi to odpowiada.
Werdykt po dwóch odcinkach
Czy będę oglądał dalej?
Zdecydowanie.
Co więcej, „Pionek” zrobił coś, czego oczekuję od dobrego kryminału: po zakończeniu drugiego odcinka bardziej chciałem zobaczyć kolejny niż poznać odpowiedź natychmiast.
To dobry znak.
Nie jest to jeszcze poziom, przy którym powiedziałbym „mamy polski serial kryminalny roku”. Na taki werdykt jest zdecydowanie za wcześnie. Ale po dwóch odcinkach „Pionek” wygląda jak bardzo solidna kontynuacja „Ślebody”, która nie próbuje rozpaczliwie powtórzyć sukcesu poprzednika.
I chyba właśnie dlatego jestem spokojny o kolejne odcinki.
Ocena po 2 odcinkach: 8/10
Jeżeli następne cztery utrzymają ten poziom, SkyShowtime może mieć w rękach jedną z ciekawszych polskich produkcji kryminalnych tego roku.



