Po tym materiale zmieniam zdanie o nowym Harrym Potterze

Są takie zwiastuny, które oglądamy po to, żeby dowiedzieć się, jak wygląda nowy film czy serial. I są takie, które oglądamy po to, żeby sprawdzić, czy nasze wspomnienia właśnie zostały zbezczeszczone.

Nowy zwiastun serialowego „Harry’ego Pottera” od HBO zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Bo przecież widzieliśmy już Hogwart. Widzieliśmy Wielką Salę, peron 9 i ¾, Quidditcha, Hagrida, Dumbledore’a, Snape’a i Harry’ego z różdżką w dłoni. Widzieliśmy to wszystko tyle razy, że trudno było uwierzyć, że ktoś jeszcze może pokazać nam coś nowego.

A jednak HBO chyba znalazło sposób.

Nie potrzebowaliśmy nowego Harry’ego Pottera. Potrzebowaliśmy tego Harry’ego Pottera

I tutaj dochodzimy do sedna.

Kiedy HBO ogłosiło serialową wersję książek J.K. Rowling, pierwszą reakcją wielu fanów było zapewne: po co?

Filmy są przecież kultowe. Daniel Radcliffe, Emma Watson i Rupert Grint na zawsze zostali dla milionów widzów Harrym, Hermioną i Ronem. Alan Rickman jest dla wielu osób jedynym możliwym Severusem Snape’em. A muzyka Johna Williamsa potrafi uruchomić wspomnienia szybciej niż niejeden psycholog.

Po co więc jeszcze raz opowiadać tę samą historię?

Po obejrzeniu nowego zwiastuna mam wrażenie, że odpowiedź jest prostsza, niż się wydawało.

Bo minęło wystarczająco dużo czasu.

Pierwszy film trafił do kin w 2001 roku. Dziś dzieci, które oglądały go wtedy z rodzicami, mogą sami mieć dzieci w wieku Harry’ego. A pokolenie, które wychowało się już na streamingu, dostaje możliwość poznania tej historii od początku — bez konieczności traktowania ośmiu filmów jako świętości, której nie wolno ruszać.

I co najważniejsze: tym razem HBO ma coś, czego nie miało kino.

Czas.

Serial może wreszcie dać książkom tyle miejsca, ile potrzebują

To właśnie jest największy argument za nowym Harrym Potterem.

Pierwszy sezon ma być adaptacją „Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”, a kolejne sezony mają odpowiadać kolejnym książkom. HBO zapowiada długofalową, obejmującą lata produkcję.

I nagle sceny, które w filmach musiały zostać skrócone, mogą po prostu istnieć.

Nowy zwiastun pokazuje już między innymi lekcje, Quidditcha, ceremonię przydziału do domów, trolla w lochach, zwierciadło Ain Eingarp czy pelerynę-niewidkę. Pojawiają się też elementy znane z książki, których film nie eksponował w takim stopniu.

I właśnie dlatego ten projekt zaczyna mieć sens.

Nie chodzi o to, żeby zrobić ładniejszą wersję filmu z 2001 roku.

Chodzi o to, żeby zrobić serial, który pozwoli książkom oddychać.

Harry Potter wygląda dziś inaczej. I dobrze

Najbardziej podoba mi się w tym zwiastunie coś, czego nie da się zmierzyć liczbą efektów specjalnych.

On nie próbuje być filmem Chrisa Columbusa.

To bardzo ważne.

Nowa wersja Hogwartu jest znajoma, ale nie identyczna. Kostiumy, wnętrza, stroje uczniów czy wygląd magicznych przedmiotów mają więcej miejsca. Oficjalne materiały HBO i Wizarding World podkreślają zresztą, że twórcy sięgają po szczegóły bezpośrednio z książek. Widać to choćby w wyglądzie Tiary Przydziału, szkolnych mundurach czy projektach Quidditcha.

I chyba właśnie tego potrzebowaliśmy.

Nie kolejnej próby skopiowania dzieciństwa.

Nowego dzieciństwa dla kolejnego pokolenia.

Największym testem będzie oczywiście obsada

Tutaj sprawa jest znacznie trudniejsza.

Dominic McLaughlin jako Harry, Arabella Stanton jako Hermiona i Alastair Stout jako Ron mają przed sobą zadanie niemal absurdalnie trudne. Nie tylko muszą zagrać bohaterów znanych z książek. Muszą też wejść w role, które przez ponad dekadę były utożsamiane z konkretnymi aktorami.

A jednocześnie właśnie dlatego wybór młodych, wcześniej mało znanych aktorów wydaje się rozsądny.

Jeżeli HBO naprawdę chce opowiedzieć historię przez wiele sezonów, potrzebuje dzieci, które dorosną razem z serialem.

I zwiastun daje pierwsze powody do ostrożnego optymizmu.

Nie widzę tutaj próby zrobienia z Harry’ego nastoletniego superbohatera. Jest dzieciak, który nie rozumie świata, do którego właśnie trafił. Jest Ron, który wygląda jak Ron z naszych wyobrażeń. Jest Hermiona, która już na tym etapie sprawia wrażenie osoby, która wie więcej od wszystkich pozostałych.

A nad nimi pojawiają się aktorzy, którzy sami są ogromnym ciężarem gatunkowym.

John Lithgow jako Dumbledore. Janet McTeer jako McGonagall. Nick Frost jako Hagrid. Paapa Essiedu jako Snape.

To nie jest obsada, która mówi: „zróbmy tani reboot”.

To jest obsada, która mówi: „zbudujmy ten świat od nowa”.

Snape będzie największym problemem

Harry Potter
Paapa Kwaakye Essiedu w roli Snape’a. Harry Potter od HBO.

I nie chodzi nawet o Paapę Essiedu.

Chodzi o ducha Alana Rickmana, który będzie wisiał nad każdą sceną z Severusem Snape’em.

To samo dotyczy Dumbledore’a. Hagrida. McGonagall.

Ale może właśnie tutaj trzeba wykonać najtrudniejszy krok jako widz.

Przestać oczekiwać, że nowi aktorzy będą poprzednimi aktorami.

Jeżeli będziemy przez cały sezon porównywać Essiedu do Rickmana, Lithgowa do Michaela Gambona, a McTeer do Maggie Smith, ten serial nie ma najmniejszych szans.

Jeżeli natomiast potraktujemy ich jak nowe interpretacje tych samych postaci, nagle robi się ciekawie.

Bo przecież książkowy Snape nigdy nie był Alanem Rickmanem.

Alan Rickman był jednym z najlepszych możliwych Snape’ów.

To ogromna różnica.

Mamy Harry’ego Pottera na miarę 2026 roku

I właśnie dlatego określenie „Harry Potter na miarę naszych czasów” nie powinno oznaczać, że HBO musi na siłę zmieniać historię.

Wręcz przeciwnie.

Najbardziej współczesną rzeczą, jaką może zrobić ten serial, jest pozwolić tej historii być dokładnie tym, czym była w książkach.

Bez konieczności upychania całego pierwszego roku Harry’ego w dwugodzinnym filmie.

Bez wyrzucania pobocznych scen, bo zabrakło czasu.

Bez zastanawiania się, czy widz zapamięta każdy szczegół.

Serial może pokazać zwyczajne życie w Hogwarcie. Może pozwolić bohaterom po prostu chodzić na lekcje. Może dać więcej miejsca nauczycielom, uczniom, domom, relacjom i temu wszystkiemu, co sprawiało, że książki były czymś więcej niż historią o chłopcu walczącym z Voldemortem.

Pierwszy zwiastun pokazywał już sceny takie jak pobyt Harry’ego w mugolskiej szkole czy śnieżną bitwę w Hogwarcie — momenty, które nie dostały podobnej przestrzeni w filmach.

I to jest właśnie Harry Potter, którego chcę zobaczyć.

Nie „Harry Potter 2.0”.

Nie „Harry Potter, ale bardziej nowoczesny”.

Tylko Harry Potter, którego nie musimy oglądać w pośpiechu.

A premiera? Idealny moment

HBO wybrało dla tego serialu termin, który brzmi niemal jak żart.

Boże Narodzenie 2026.

Pierwszy sezon ma rozpocząć się właśnie wtedy na HBO i HBO Max.

Czyli dostajemy Harry’ego Pottera dokładnie tam, gdzie wielu z nas go po raz pierwszy pokochało: w okresie świątecznym.

Tyle że tym razem przy stole mogą siedzieć trzy pokolenia.

Rodzice, którzy pamiętają premiery filmów.

Ich dzieci, które znają Harry’ego z książek, filmów albo gier.

I najmłodsi, dla których to będzie pierwszy Harry Potter w ich życiu.

I chyba właśnie dlatego po tym zwiastunie przestałem pytać:

„Czy naprawdę potrzebujemy kolejnego Harry’ego Pottera?”

Teraz pytam:

„Czy przypadkiem właśnie nie dostaniemy tego Harry’ego Pottera, którego zawsze chcieliśmy zobaczyć?”

Bo może największym paradoksem całego projektu jest to, że aby stworzyć Harry’ego Pottera na miarę naszych czasów, HBO wcale nie musi wymyślać go od nowa.

Musi po prostu dać mu więcej czasu.

Wiedźmin 3: Dziki Gon

Michał Pawlikowski

Miłośnik gamingu od strony frontowej, jak i backendowej. Bawi się w programowanie gier, a pisze o nich już od kilkunastu lat. Pamięta czasy dyskietek, a także Atari i Commodore. Specjalista w swojej dziedzinie.

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz

Pirlond.pl
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.